Kraków-> Wwa-> Londyn. Piotrek na dzień dobry wyrwał najlepszą dupeczkę u nas na chacie.
Sobotę zaczęliśmy od największego śniadaniowego sztosu- English breakfast (pamiętajcie, fasolka tylko firmy heinz!).
Pierwszy spot i zarazem najlepszy z wszystkich- Skatepark Romford. Niestety nie było nam dane tam jeździć.
Po wejściu na park, na dzień dobry przywitał nas typowy Anglik w okularkach przeciwsłonecznych typu diskjokejki. Początkowo nie zwracając na niego uwagi obeszliśmy cały park ciągnąc za sobą włąsne szczęki po ziemi. Coś niesamowitego, tony starego betonu uformowanego w przeróżne wyrostki i kratery niczym z gry Follout.
Przez niemalże cały obchód towarzyszył nam ten gostek wypytując o wszystko: czy park nam się podoba, czy jesteśmy profesjonalistami, bo z checią by sobie pooglądał i skąd jesteśmy. Z Polski?!
Czyli przyjechaliście kraść nasze prace?
Później nie było lepiej. Jego dzieciaki jeździły na hulajkach i ciągle pytali kiedy zaczniemy jeździć. Wkońcu z budynku wynurzył się szefo, również w diskjokejkach tylko nieco innych. Okazało się, że 7funa wjazd i obowiązkowo kaski. Grzecznie zapytaliśmy czy może dało by się zrobić kilka zdjęć bez kasku.
Nie ma takiej opcji, w ogóle. Rozwinęła się krótka dyskusja na temat jazdy w kasku, po czym widząc,
że chłop jest nieugiętym strażnikiem chełmów zapytaliśmy grzecznie, czy w takim razie wie, gdzie
w okolicy znajdują się inne parki.
Dali nam lokalizację jednego nowopowstałego parku, ale pomimo okularków było widać wkurw na twarzach. Przed samym wyjściem szefo zapytał nas jeszcze czy wiemy kto to jest Bob Burnquist?
Bo on tu był, jeździł w kasku i nie narzekał.
Jako ciekawostkę dodam, że ponoć kiedy była tu ekipa trejszera, to wbili na park na pałę, diskjokej
po nich darł japę, że nie ma jeżdżenia bez kasku, a chłopy na wyjebanym lecieli arbeit.
Nowopowstały park był naprawdę kozacki i co dla nas najważniejsze, miał bowla z rantem basenowym. Miał też jeden minus- bagno dookoła.
Piotrek próbował nagrać sekwę zaczynając bs crailem, ale niestety drugi trik nie poszedł.
Wieczorem liczną ekipą wybraliśmy się na skejtowską wystawę zdjęć, gdzie miało być darmowe piwko. Ktoś je jednak wypił nim przyszliśmy… Polak jednak przezorny, nie chodzi na bal bez własnej baterii.
W tłumie, który porównałbym do miejskiego autobusu w godzinach szczytu, ktoś zajumał Piotrkowi portfel. Pieniądze, karty i dowód, bez którego w środę nie wejdziesz na pokład aeroplejnu. Jutro misja ambasada!
Niedziela- dzień cw….a, ambasada zamknięta. Po drodze na spocik wykonałem manewr milion lądując na glebie z plecakiem. Wyjąłem z niego to coś ze zdjęcia. Piotrka zaś cały dzień nękała myśl czy uda się załatwić dowód i czy wróci do kraju na czas. Niedziela- dzień cw…a.
Poniedziałek zaczęliśmy od misji ambasada. Niestety pocałowaliśmy klamkę i kolejną godzinę spędziliśmy teleportując się do nowej siedziby.
Polska ambasada, polskie standardy. Godzina w kolejce.
Wtorek, ostatni dzień pobytu dla Piotrka zaczął się od wydatków. Paszport tymczasowy, trzydniowy- 33funty (150PLN). Wracamy do kraju!
Tego dnia na celowniku był basenik (Kennington) z ciekawą przeszkodą DIY typu quater.

Robota zrobiona można wracać do SkejtOrDajusia za ladę. Triki z wyjazdu zaś będzie można zobaczyć w najnowszej produkcji Youth Skateboards oraz w kolejnym numerze BarrierMag.
Za te kilka dni dla skejta Piotrka i fotopstryczka Rafskiego- merci beaucoup.
Tekst: Aram Socha
Foto: Rafał Wojnowski / telefon Arama



