Pewnie o tym nie wiecie, ale Kosti to typ, który zmontował w ostatnich kilkunastu latach pewnie 80% polskich klipów, filmów i relacji deskorolkowych. Jego praca jest kluczowa i chociaż tego nie widać, to od niego często zależy finalny efekt. Zwykły odbiorca raczej rzadko czeka na napisy końcowe, gdzie może zobaczyć nazwisko montażysty. A pomimo tego, właśnie ta często niezauważana praca daje ogrom satysfakcji. Dużo więcej dowiecie się z tego wywiadu. Enjoy!
Czterdzieści lat minęło jak jeden dzień i dorosłeś do tego, żeby mieć wywiad w Barrierze. Trochę to zajęło. Wiemy, że zmontowałeś połowę polskich filmów i klipów deskorolkowych. Powiedz mi, skąd to się wzięło? Bo chyba zaczęło się od zdjęć?
Zdjęcia zacząłem robić jeszcze w liceum, ale — jak sam wiesz — wiele lat temu klisza, wywołanie, sprzęt, to wszystko kosztowało absurdalne pieniądze. Planowałem kupić EOS-a 1, ale trzeba było sprowadzać, a to kosztowało wtedy w cholerę. No i jakoś się rozmyło. A historia z montażem i ruchomym obrazkiem zaczęła się na pierwszym roku studiów. Dostałem szansę pracy jako dziennikarz sportowy. Jak wiesz, mam hopla na punkcie sportu i zawsze się nim interesowałem — praktycznie każdą dyscypliną. Trafiłem do nowo powstałej telewizji Superstacja i tam miałem pierwszy kontakt z montażem. Żeby zacząć pracować jako dziennikarz, przeszedłem taki skrócony kurs. Jeden dzień podstaw: tu się tnie, tu przenosi, tu wycina. Ale wtedy zobaczyłem, co daje montaż. Jak możesz kreować historię, budować ją z obrazków. Zacząłem siedzieć po godzinach i próbować. To, co nam pokazali, to były absolutne podstawy. Sam zacząłem kombinować: muzyka, rytm, cięcia. A przez to, że jeździłem na deskorolce, byłem bardziej wyczulony na muzykę i na to, jak jej używać. No i siedziałem po nocach i klepałem.

Czyli klasycznie — metoda prób i błędów.
Dokładnie. Jestem w stu procentach samoukiem. Miałem te dwa dni wprowadzenia, a potem sam się tego uczyłem. Było tam kilku starych wyjada- czy-montażystów, ale nie wszyscy chętnie dzielili się wiedzą. Jak miałeś ten skill, to miałeś robotę. A dzielenie się nim oznaczało, że ktoś może ci tę robotę zabrać. Skończyło się tak, że nauczyłem się tego na tyle, że kiedy odchodziłem z redakcji, dostałem propozycję pracy już jako montażysta.
To powiedz mi — co było pierwsze? Praca jako montażysta czy pierwsze deskowe montaże? W ogóle: jaki był pierwszy film?
Wydaje mi się, że to był bardzo podobny okres i nie dojdę już, co było pierwsze. Ale pierwszy taki większy deskorolkowy montaż to “Summer in the city” i wyszedł nawet na DVD. Naprawdę dobrze wspominam ten czas. Wtedy zaczynaliśmy Panoramę z Michałem Przybyłowiczem. Bardziej jego sprawka, ale robiliśmy to pod tym szyldem. Dużo się wtedy działo i takie produkcje wychodziły znacznie rzadziej. Jak już coś się pojawiało, to było wydarzenie.
No dobra, wracając do montażu. Jesteś samoukiem, ale w pewnym momencie stałeś się po prostu profesjonalnym montażystą, bo zacząłeś pracować dla naprawdę dużych graczy.
Zawodowo bardzo dużo dał mi CD Projekt. Pracowałem tam przy pierwszym Wiedźminie, robiłem materiały reklamowe. Miałem też bardzo wymagającego przełożonego — Adama Badowskiego. To on nauczył mnie patrzenia na detale i takiego naprawdę skrupulatnego editu. Myślę, że to był jeden z ważniejszych momentów w mojej karierze zawodowej. Bo ja już wtedy myślałem: dobra, potrafię montować — szybkie montaże, dużo się dzieje, a tak naprawdę dopiero wtedy zacząłem bardziej rozumieć, jak opowiada się historię. I to sobie z czasem dojrzewało.
Robiłeś później różne programy, mniejsze, większe. Czym możesz się pochwalić?
Tak naprawdę robiłem coś chyba dla wszystkich dużych stacji. Z rzeczy, które sam bardzo lubię i dobrze wspominam, to “Wstęp wzbroniony” przy którym operatorem był Michał Rajewski. To był program historyczny slash urban exploring. Prowadził go Jacek Podemski. Później powstały też pełnoprawne filmy dokumentalne, pierwszy był o Czarnobylu, a później pod tym samym szyldem o Fukushimie. Było też Magiczne Podhale — to już świeższa rzecz. Pierwszy sezon był o architekturze, więc wszystko tam jest estetyczne i przyjemne a takie formy lubię najbardziej.
Słuchaj, to były ambitne rzeczy, ale wiem też, że miałeś okazję robić te najbardziej “zajawkowe” tematy. Czytaj: reality shows. Powiedziałbym raczej — najbardziej przypałowe.
Pamiętam jakiś program o fryzjerstwie. Takie trochę Kuchenne rewolucje, tylko z nożyczkami. Robiłem też Operację Tuning z Tede dla TVN Turbo. Ale w sumie dobrze to wspominam bo sporo się nauczyłem i mogłem dużo nowych rzeczy próbować. Były też fajniejsze programy. Na przykład Automaniak. Robiłem kilka sezonów i naprawdę to dobrze wyglądało. Mogłem sobie trochę poudawać, że montuję Top Gear. Pracowałem z operatorami, których dobrze znałem, więc mogłem mówić jakie ujęcia potrzebuję.
Czyli montaż montażem, ale jednak miałeś wpływ na całość.
Staram się mieć wpływ, ile tylko mogę, rozmawiać z reżyserem i ekipą, budować to wspólnie. Próbowaliśmy tego też przy deskorolkowych rzeczach. Nie zawsze się udawało.

Nie zawsze się udawało zebrać dokładnie to, o co prosiłeś, ale trzeba ci oddać jedno — zawsze udawało się wyrzeźbić coś fajnego. I za to ci dziękuję, bo wielokrotnie Twój montaż i Twoje pomysły ratowały sytuację. Przypominasz sobie jakiś projekt, gdzie materiał był totalnie gówniany, a mimo tego udało się zrobić coś, co można było normalnie pokazać ludziom?
Nie pamiętam, który był aż tak zły. Ale pamiętam projekt, który chyba najmocniej siedzi mi w głowie, bo robiliśmy go w totalnie absurdalnych warunkach. TurboKolor. Dosłownie noc przed premierą przyjechaliście z materiałem i składaliśmy to do rana. Aram to nagrywał i miał przywieźć podmontowany, przebrany materiał, a było zrobione chyba piętnaście sekund. Scena z czołówki z efektetm CCTV i chyba dwa triki ale wszyscy razem jakoś daliśmy radę. Zazwyczaj mam bardzo duży dystans do swoich rzeczy i zwykle jestem z nich niezadowolony ale teraz, po latach, odpaliłem to sobie i pomyślałem: kurde, to było naprawdę dobre. Myślę, że kluczowe było to, że mieliśmy jakiś koncept. Byłem w stanie wyobrazić sobie, jak chcę to zbudować. To jest chyba dla mnie najważniejsza rzecz. Zwłaszcza po tylu latach pracy — najwięcej czasu zajmuje mi nie samo cięcie, tylko wymyślenie w głowie, jak chcę opowiedzieć historię. Dawno przestałem patrzeć na montaż jak na sklejanie obrazków. Za każdym razem, kiedy siadam do montażu, chcę coś przedstawić i zbudować, żeby to było czymś więcej niż kilkoma przypadkowymi ujęciami. Na przykład przy projekcie Vansa z Gore-Texem wymyśliłem sobie, że motywem będą zwierzęta żyjące w zimowych warunkach. To było trochę inspirowane Spirit Questem, który uważam za jeden z najfajniejszych i najlepiej przemyślanych konceptów deskorolkowych, jakie widziałem. To był film, który naprawdę zrobił na mnie duże wrażenie.
No właśnie… deskorolka. Może w końcu do niej przejdziemy. Masz czterdzieści lat. Czas chyba zacząć jakąś karierę.
Tak jest. Zaczynamy od wywiadu, a potem już tylko w górę. Świat stoi otworem. Jeszcze parę sztuczek na szosie zrobię, a tak na poważnie to fajnie, że jeszcze udaje się coś pojeździć i mieć z tego fun. Zwłaszcza, że lata lecą i czasami więcej czasu trzeba poświęcić na przygotowanie ciała na wyjścia na deskę niż na samą deskorolkę. Więc trzeba się tym po prostu cieszyć i korzystać ile się da.
I tego Ci życzę. Dzięki Piotruś za rozmowę.
Wywiad i zdjęcia: Kuba Bączkowski


