GNARATON 2024!

0

Wyprawa na tegoroczny Vienna Gnarathon odbyła się w bardzo sympatycznym towarzystwie Anny Rutovej z Czeskiej Pragi, Michała Zarzyckiego, Filipa Dziewięckiego, Patryka Głąbienia oraz Dzikiego Andrzeja. Na miejscu spotkaliśmy dwa miliardy mord z Polski i całej Europy, a może nawet z Azji i Ameryki. Impreza przybiera z roku na rok coraz bardziej międzynarodowy format! I fajnie, ponieważ będzie się działo!

Na temat samej podróży nie będę się specjalnie rozpisywał. Na zdecydowane wyróżnienie zasługuje fakt, że po drodze jadłem Tradycyjną czeską zmarzlinę z czerstwą śmietaną oraz, że po wejściu do naszego airbnb okazało się, że zamieszkuje w nim grupa Serbskich robotników, których majty, leżą rozrzucone po każdym kącie naszej hawiry.. nie takie mecze się jednak wygrywało. Udało nam się wypędzić intruzów, którzy w przeprosinowym geście podarowali nam dwa piwka na 10 osób. Nawet nieźle nas wyczuli bo w tym towarzystwie to już i tak zostały chyba tylko ze dwie pijące osoby. Dodatkowo mogę powiedzieć, że tego wieczora poszliśmy na sesyjkę na lokalny fajny bowlik i mini parczek, oraz jedliśmy zajebisty kurczak mango. Więc zajawa i w ogóle jako tako!

2 Dzień – Czwartek:
Dida od rana puścił nam piękną muzykę do wzrastania roślin, dzięki której poczuliśmy przypływ energii witalnej i od razu odmuliliśmy kapę. Zjadłszy na śniadanie tradycyjny bałkański Burek ruszyliśmy w miasto. Nie bylibyśmy sobą gdybyśmy nie spróbowali zapinkolić metrem na gapę. Niestety, jak się okazało, metro jednak nie jest darmowe dla skaterów z Polski i zostaliśmy przyskrzynieni przez lokalnych kanarów. Chwała Bogu, że trzem z pięciu naszych gapowiczów udało się uciec. 100 Euro mandatu na głowę, to zawsze lepiej jak dostaną dwie osoby, niż pięć. A najlepiej jak dostanie Twój ziomal a Ty jednak nie..

Nieco jednak zbici z tropu ruszyliśmy tego dnia na Sankt Marx DIY na śmiganko. Tego dnia mieliśmy trochę luzu. W Czwartek odbywały się jedynie sesje FLINTA, czyli dla kobiet i osób niebinarnych. Anna śmigała w tych sesjach na kozackim banczku nad rzeką oraz na mega fajnym spocie z murkami i wyślizganymi krawolkami. Byłem tam na chwilę i było naprawdę sympatycznie! Mimo to postanowiłem, że wuja też powinien coś pośmigać i tego dnia postanowiłem dołączyć do IseeTowera, który nagrywał gdzieś na Wiedeńskim streecie z teamem Ashes Griptape. W to mi graj bo sprowadzam ten papier do Polski i całkiem się jaram więc dołączyłem do ekipy.
Coś tam żeśmy pośmigali i ruszyliśmy w kierunku highlightu wieczoru, czyli prosto na elegancki melanżyk w hotelu „jakimśtam”. Zabawa była przednia! Odbyła się wystawa, pokaz filmu, był kozacki secik na densflorze. Cuda na kiju. Należy tutaj jednak dodać, że na barze nie mieli piwa bezalkoholowego, więc Dida po półgodzinnym postoju w kolejce, kupił sobie za pięć jurków wodę gazowaną z cytryną. I chciałbym tu rozpocząć dyskusję, na temat braku inkluzywności w stosunku do osób nie używających środków wyskokowych.. ale nie będę się przypieprzał. Poszedłem do okolicznego Kebabu, kupiłem sobie butelkę Mate i też było klasa. Pobawiłem się do 2 w nocy ale słyszałem, że najtwardsi gracze skończyli nawet o 6 nad ranem a i nawet po pobudce kontynuowali imprezowy szał. No ale w końcu od czego są festiwale deskorolkowe. Kto nie przymelanżował niech pierwszy rzuci kamieniem!

Dzień 3 – Piątek:
Poranna, tak od razu poranna.. Po prostu padało więc zjedliśmy śniadanie, deser, pograliśmy w makało i około 15:00 wyruszyliśmy na Karlsplatz gdzie odbywała się pierwsza z festiwalowych sesyjek. Na spociku, na samym wstępie, życie osłodziły nam gofry Vansa. Ja zjadłem dwa, a Fifi mówił, że trzy. Przyhajpowani rzuciliśmy się na sesyjkę na pięknych, kolorowych i kreatywnych przeszkodach.

Fajną częścią Gnarathonu jest zdecydowanie jego luźna atmosfera. To nie są typowe zawody, gdzie istotne jest kto wygra. Jamy przyjmują formę luźnych sesyjek w efekcie czego generalnie czujesz się jakbyś poprostu śmigał sobie tego dnia razem z ziomalami. Nie wiem kto wygrał ani kto przegrał. Interesowało mnie jedynie, żeby popatrzyć na kreatywne wykorzystanie nietuzinkowych przeszkód i samemu móc na nich chwilkę pośmigać. Był funbox z firecreackerem, wybitka z wmontowanym Pole Jamem, taki śmieszny trytytownik, beczka śmiechu, krawolek i wall z rurką od trzepaka. Nieźle tam można było powariować. Sesji nie powstrzymał nawet paskudny deszcz, który postanowił przypierniczyć z nieba akurat podczas „zawodów”. Co bardziej kreatywni gracze wykorzystali jednak mokrość flatu do urozmaicenia swoich ewolucji. Generalnie było supcio dla wszystkich, którzy postanowili zostać – a kto poszedł do domu ten trąba.

Po deszczowej sesji odbył się Quiz deskorolkowy Ashes Griptape. Pomysł 12/10, ale niestety pytania dotyczyły tak mocno Austriackiej sceny, że prawie na nic nie umieliśmy odpowiedzieć. A zresztą przyszło tam tyle ludzi, że nie słyszeliśmy nawet konferansjera. W związku z tym przegraliśmy, ale i tak było elegancko. Po Quizie odbyły się premierki:

– Left over footage z Where Is Tom, który powinniście niebawem zobaczyć w necie:

– Montaż Ashes Griptape z Manu i Pekim (elegancki!)

– Jakiś nowy montaż z Alexeyem Krasnym (Również bardzo sympatyczny!)

– Oraz nowe videło turtle. Generalnie jestem fanem więc zajawa!

Angielski pub White Sheep pęknął tego dnia w szwach. Planowano, że będzie 300 osób maks a było chyba ze 600. Na dowidzenia zapłaciłem 30 Jurków za piwo wszystkich od nas ze stolika, bo wyszli i mieli wyjebane w płacenie. Dobrze dla nich, bo drogie było.

Dzień 4 – Sobota:
Czyli dzień ostatecznego pierdolnięcia i główny dzień eventowy. Z rana o 12:00 odbył się contest na murku. Filipek przyfasolił elegancki noseslide flipout aż wszystkim opadła kopara do samej ziemi. Aatsi dobrze wjeżdżał na tailslajdzik po całości z heelkiem na końcu jakby od niechcenia. I jeden morda robił kozacki front crooks przez większość murka. Naprawdę bendżin. Tutaj też trochę popadało, ale nikt się nie przerażał tylko śmigane było jak siemasz, po mokrym.

Następnie udaliśmy się nad Dunaj, gdzie na małym downhillku Vansik ustawił bardzo sympatyczne przeszkody. Był potrójnie łamany flat bar, na który można było wjeżdżać z ziemi. Sama przyjemność, więc przez dwie godziny ładowaliśmy sobie na nim fiftaki i nie mogliśmy przestać. Jeden typo zajebał fajwo po całości jak siemasz. A jak już przejechałeś raila, to Twoim oczom pokazywał się kozacki quartero-banko-wall. Ogólnie elegancki, ale taki dość, więc tylko nieliczni przyfasolili na nim rock to fakie. Fifi i Dida też coś tutaj zawalczyli. Michałek na przykład elegancko przyjebał noseslidzikiem do swojej, że aż dali mu piniądze.

Na koniec pojechaliśmy prosto do miejscówki nazywającej się Arena, gdzie odbyły się koncerty Mad Ball i sety didżejskie oraz skurczysyńskie melo do białego rana. Highlightem wieczoru zdecydowanie były tricki przez płonącą obręcz, wykonywane przez deskorolkowych śmiałków. Było na czym oko zawiesić, było na czym oko stracić. Na szczęście nikomu nic się nie stało, chociaż jeden ziomek nieźle przyfasolił bańką w płonącą obręcz. Poszły kozackie numery. Polski honor obronił Diduś ze swoim crailem, back tailem i nosegrindem z rączką (Fajne!). Za co zarobił pewnie z 80 jurków.

Podsumowując było bardzo supcio, podobało się to dla mnie! Wszystkim słuchaczom serdecznie polecam udział w tym evencie bo:

A) Jest to dobry pretekst żeby odwiedzić Wiedeń i nieźle sobie przyśmigać,

B) Melo jest naprawdę prężne,

C) Są bardzo sympatyczne contesty dla osobników każdej pci,

D) Ponieważ obiecuję – głosujcie na mnie!

Widzimy się w Wiedniu za rok. Polish corner będzie napewno dużo większy i dużo głośniejszy niż w tym roku. Zbierajcie hajs na piwka za 4 Jurki i lecimy z tematem.

Pozdrowienia z Inowrocławia,

Całusy,

Matełko <3

Masełko <3

Światełko <3

Zdjęcia – Felix Adler

Leave a Reply