Tomek Kotrych – Barrier issue 11

0

Portrait

Tomek zawsze imponował mi swoją osobowością i postawą, nie tylko w deskorolce. Jest ojcem dwójki dzieci, współzałożycielem szkółki deskorolki “Sk8crew” i na dodatek pracuje na pełny etat w  polskiej dystrybucji DC / Quicksilver. Najważniejsze jest jednak to, że  mimo “dorosłego życia” i upływu czasu, jest jedną z bardziej zajaranych osób skateboardingiem, jakie znam. Jego deskorolka to nadal wysoki poziom, styl i pop, czyli tak naprawdę niewiele się zmieniło odkąd pierwszy raz mieliśmy okazje pojeździć na “Paderewie”, jakieś piętnaście lat temu.

Kuba Bączkowski

Kickflip
Kickflip, Warszawa

Tomek, deskorolka jest w Twoim życiu od 1996 roku. To długo. Niewiele osób jeżdżących na desce w Polsce, może pochwalić się takim stażem, dlatego będę miał do Ciebie kilka pytań związanych z tą kwestią. Powiedz mi, co jest w deskorolce takiego, że tak na nas oddziaływuje? Nawet ci, co już dawno nie jeżdżą, mają zdjęcia ze swoimi dziećmi jak im podstawiają deskę, czy wstawiają swoje stare foty z deski na różne social media. Jest to dla nich mega cenne wspomnienie. Nie wspomnę już o pewnej wspólnej mentalności deskorolkowców, sposobie życia a właściwie o podejściu do życia. Co jest takiego wyjątkowego w deskorolce i czym ona jest dla Ciebie?
Od 1994, a nawet trochę wcześniej jeżeli liczymy rolerki, „pro 90” i odpychanie się na kolanie… Śmieszne jest to, że ja cały czas mam w głowie to że jestem “ten młodszy spod Capitolu”, że mój staż dopiero będzie się liczył za ileś tam lat, no ale tak, to prawda, czas leci za szybko i już jestem tym starszym, który pamięta dawne czasy… Co jest takiego w deskorolce ? Wydaje mi się, że chodzi o to, że mało które zajęcie z dzieciństwa robiło się z taką intensywnością, z takim zaangażowaniem, zapałem, miłością do tego i mało czemu poświęcało się tyle czasu. To w końcu lata jeżdżenia non stop po kilkanaście godzin dziennie, to drugi dom a nawet pierwszy, bo przecież jak to moja kochana mama zawsze mówiła: ”jesteś gościem w domu i traktujesz go jak hotel”. Każdy z nas słyszał to miliony razy. Robisz to tyle lat, przy tym spędzając ten czas w gronie tak samo zajaranych jak ty dzieciaków, którym przecież nikt tego nie kazał robić, bo to w końcu nie był klub, do którego przychodzisz na trening i musisz się zmuszać do czegokolwiek. Jeździsz po całej Polsce z miasta do miasta, jeżeli ktoś miał więcej szczęścia to podróżował po świecie tylko po to żeby pojeździć na „TYM” marmurowym murku. To WSZYSTKO, ten cały bagaż wieloletnich wspomnień ma na nas wpływ, sprawia, że będziemy skejtami do końca życia, że będziemy podrzucać deskę naszym dzieciom, nosić cały czas lekko obniżone spodnie, nawet w garniturze, i ciągnąć dzieciaki z żoną na spacer w Barcelonie z punktem kulminacyjnym na MACBie. Czym dla mnie jest deskorolka? To większa część mojego życia, której za nic w świecie bym nie oddał, nie zamienił na nic innego. Możnaby się dużo rozpisywać, ale ten kto jeździ napewno wie o czym mówię. Cytując mojego przyjaciela Gutka z filmu „DESKA, TRIKI I ŻYCIE”: ”Tego nie da się opisać słowami, to trzeba czuć pod nogami”.

Dobrze powiedziane. To teraz Twoje spostrzeżenia, ze względu na Twój staż, czyli jak się zmieniała deskorolka na przestrzeni tych lat kiedy jeździsz? Chodzi o triki, o zajawki, podejście do deskorolki, styl. Mówimy o Polsce i zagranicy.
Ostatnimi czasy ten temat jest często poruszany wśród znajomych, śmieję się, że zawsze biadolimy o tym samym. Osobiście stałem się chyba właśnie takim dziadem, który biadoli jak to kiedyś było fajnie… Ale tak jest i tak uważam, mimo że staram się i idę do przodu z tym co się dzieje w deskorolce, wiem o co chodzi itd… To uważam, że „kiedyś” było naprawdę DUUUŻO lepiej, ciekawiej i chyba ludzie bardziej doceniali to co robili. Pewnie każda epoka ma tak samo i każdy opowiada jak to kiedyś było kozacko za jego czasów. Co do zmian w deskorolce, można powiedzieć, że wszystko zatacza krąg ale inaczej opakowane, inaczej postrzegane. Jak oglądasz nowy film Polar i widzisz jak śmigają na rybach, małych kółkach, obciętych spodniach wygrzebaneych z szafy, starych ciuchach czyt. vintage, do tego często wrzucane filtry VHS, to wydaje Ci się, że nic się nie zmieniło i że ten typ co robi “impossible“ to ten sam typ z filmu H-street. Kiedyś nosiło się bluzę Thrashera, w moim przypadku marzyło się o niej, teraz bluzę Thrashera nosi każdy hipster, modny dzieciak, który na 98% nigdy nie stał na deskorolce. Śmieszne jest to, że często ktoś widzi moje buty DC np. KALISY lekko sportowe i mówi: ”wow, niezły oldschool„ hehe, dla mnie oldschool to były Hi-topy Vans’a spodnie Dickies itp. Teraz to new school. Ale żeby nie było, nie jestem z tych co jakoś walczą z tym i stają okoniem do nowych czasów. Może to głupie ale trochę mi szkoda tych dzieciaków, które dopiero zaczynają, nie będą jeździły autobusem przez całe miasto do skateshopu żeby posiedzieć i obejrzeć deski, albo posiedzieć w EMPIKu i pooglądać Transworld’a albo SLAP’a przez godzinę. Raczej nie marzą o ciuchach albo deskach ze Stanów, bo przecież wszystko możesz teraz kupić klikając myszką, nie wychodząc z domu. Kasety vhs, które krążyły po całym mieście z ręki do ręki, które przegrywałeś na ziomka video… Powoli nawet nie ma już kultowych spotów, które każde miasto miało, teraz dzieciaki widują się w skateparkach i to są ich spoty. Styl? Mam wrażenie, że trochę to gdzieś ucieka i robi się z tego utopia, z racji kopii które otaczają nas zewsząd. Dla mnie styl to Brudi, który przyjeżdżał pod Capitol w bojówkach do kostek robił vaerial heelflip – najładniejszy jaki widziałem do tej pory. Styl to Stickorama, którego nie podrobisz a niejeden już próbował, to Majewski na rapie w hiphopowych ciuchach, Toiboi i Miłosz w Jamie Thomasach w bluzie First Division, Czarek Cyran, Paweł Przybył itd… Każdy z nich jest zajarany deskorolką ale każdy jest inny, z inną stylówą. Kiedyś, jak ktoś przychodził do skateshopu to miał wybór: jeden wziął Emerica i deskę ToyMachine, drugi wziął Axion i deskę Girl, ktoś tam wziął Halfcaby i deskę The Firm itp… Różne osoby, różne firmy i zajawki. Teraz ciężej dojrzeć kogoś z wyróżniającym się stylem, mówiąc “stylem” chodzi mi o wszystko – o to jak jeździsz, jakie robisz triki, jak się odpychasz, jakie nosisz ciuchy. Głównie z racji tego, że wszyscy mają te same buty i deski tych samych trzech firm. Ale to się zmieni, mam wrażenie, że już niedługo, a przynajmniej łudzę się, że tak będzie…Teraz to już napewno zabrzmiało to wszystko jak dziadowe gadanie, hehe. Ale wiesz co, dopóki ludzie jeżdżą i się tym jarają tak jak my jaraliśmy się za naszych czasów, to spoko, szanuję to i im kibicuję. Nie muszą robić tego w ten sam sposób, w który ja to robiłem, ważne, że ktoś jeździ i kocha to co robi, wtedy biję z nim pionę.

Fs noseslide
Fs noseslide, Warszawa

Jaki był lub jest Twój ulubiony czas w skateboardingu i dlaczego?
Jest to związane z poprzednim pytaniem, ale by było tak precyzyjniej, to przyznam, że najlepszy czas to zarówno początki, gdzie z moim przyjacielem – Przemkiem Wiercińskim jeździliśmy pod szkołą i na osiedlu non stop, dzień i noc. Ale takie już świadome czasy, to wtedy kiedy poznałem Was: Kubę Perzynę, Gutka i Bartka Zielińskiego. To były najlepsze czasy… Wtedy ta rutyna, ten dzień świstaka, który się odbywał każdego dnia… W wakacje śniadanie, ustawka u Ciebie pod Skocznią później deskorolka przez cały dzień dosłownie, nieznane słowo zakwasy, wieczorem oglądanie do pierwszej w nocy filmów, powrót do domu i następnego dnia znowu to samo, od samego rana. Później czasy DSK, dokładnie to samo ale przeplatane „pracą”, chociaż ciężko to nazwać pracą, bo nawet jak skończyłem pracę to i tak siedziałem w skateshopie na kanapie. To były moje najlepsze czasy. Triki, które się robiło, firmy które były na rynku, skejci Kareem, Gino, Stevie, Josh itd…

Kolejne pytanie jakie się narzuca, to też można powiedzieć, pytanie mocno życiowe. Niejedna osoba rezygnowała z jazdy na deskorolce z takich względów jak: brak czasu czy wiek. Wiadomo. Życie – praca, dom, dzieci. Dzieje się tak kiedy wkraczamy w ten dorosły świat, deska zostaje poddana próbie. Ty masz to wszystko, a w tym dwójkę dzieci. Jak udaje Ci się pogodzić życie rodzinne, pracę i znaleźć czas na deskorolkę?
Jest ciężko, nie ma co kolorować. To jest ten etap, który dobrze nazwałes czyli „dorosłe życie”, które każdy odkładał na później, nawet często bał się, że ono w końcu nadejdzie. Nie wiem czemu, kiedyś na maxa bałem się tego, że przestanę jeździć z jakiegoś powodu. Na osiedlu wszyscy moi ziomale przestali jeździć co do jednego, dookoła też dużo kumpli co chwilę przestawało, nawet tych najbardziej zajaranych. Bałem się jakoś, że mnie to też spotka, jak jakaś choroba. Nie wiem czemu, ludzie wtedy rezygnowali, myślę że to było spowodowane tamtymi czasami w których nas wychowywano. Skejci to byli goście w za dużych ciuchach, dziwnie wyglądający, często bez szkoły, perspektyw itp… Jak ktoś już był tym starszym to nie wypadało jeździć, „bawić” się na deskorolce. Ludzie trochę patrzyli na nich jak na wiecznych dzieciaków, którzy nie mogą się ogarnąć, a przecież trzeba iść do pracy, wyglądać poważnie itp… Teraz dużo z tych osób wraca do deskorolki po latach, pewnie nie wiedzą co stracili ale fajnie, że to robią. Niektórzy, tak jak Perez, mam wrażenie że nigdy nie zniknęli, znowu jeździ i ma się dobrze. ZAJAWA! A wracając do mnie… Staram się jak mogę, żeby to pogodzić, wkurzam się cały czas, że za mało jeżdżę, że wiecznie brakuje mi czasu, to mnie często przytłacza i dołuje. Jak nie mogę przez dłuższy czas iść na deskę, to czuję się mniej szczęśliwy, frustruje mnie to, bo to przecież odbija się na rodzinie. Moja Agata coś o tym wie, o moich humorach. Gdzieś tam nie mogę się pogodzić z tym wiecznym brakiem czasu. Doba powinna mieć 48 godzin minimum. Ale to jest też tak, że często mając mniej czasu starasz się bardziej go zorganizować. Jak już uda Ci się pójść na deskę, to nie siedzisz i nie biadolisz tylko jeździsz, bo wiesz że zaraz musisz wracać. Chociaż wiadomo, nie zawsze jest ten dzień i czasem idziesz i siedzisz z ziomalami na spocie i to też jest fajne. Lubię to, bo przypomina mi te nasze stare czasy. Mam to szczęście, że mam kozacką rodzinkę, która mnie wspiera od zawsze, babcie jedną i drugą  oraz  dziadka, którzy często nam pomagają z dzieciakami. To jest trochę jak odwieczna walka – chcesz tak samo spędzić czas z dzieciakami, kochasz ich nad życie, chcesz wyjść też po tygodniu pracy ze swoją kobietą na spacer i dobre jedzenie i do tego chcesz iść na deskę i jak najdłużej sobie pojeździć… Ale nie narzekam. Nawet pracę mam taką, że mamy częste wyjazdy z Gutkiem, na które zabieram deskę i mogę sobie pojeździć w przerwie od roboty. To dużo mi daje i mimo klasycznego narzekania bardzo doceniam swoja pracę. Jeżeli ktoś przestaje jeździć na desce i nie jest to spowodowane kontuzją, to coś jest nie tak. Znam osoby, które jeżdżą raz na dwa tygodnie ale jeżdżą i mają deskę cały czas w domu. Na przykład Kaczor ze Szczecina, który też ma dwójkę  dzieci, i mimo że pracował jak wół, miał czas na zrobienie małego murka z kątownikiem, który zabierał ze sobą swoim Cinquecento i przed pracą o ósmej rano śmigał chwilę na pustym parkingu. To jest Skateboarding – liczy się zajawa i mam nadzieję, że będę jeździł dopóki zdrowie mi na to pozwoli. Jedno jest pewne, im więcej jeździsz, tym pewniej się czujesz na desce. Ten rok był mega fajny, w lato chłopaki zrobili murki na Kościu- szkowcach i czułem, że odżyłem, miałem już trochę dosyć skateparków. To tam jest prawdziwy spot i klimat. Kiedy się nie przyjechało zawsze ktoś był, dokładnie jak kiedyś. To dużo mi dało  i poczułem się dokładnie tak samo jak za tych wspomnianych przez Ciebie „najlepszych czasów”. Poza tym, było kilka wyjazdów jak ten ostatni do Sofii z chłopakami z DC, więc nie narzekam i cieszę się na maxa, że więcej pojeździłem niż w zeszłym roku. Chcę tak dalej i tak będę kombinował. Mam też cichą nadzieję, że mój Marcel kiedyś zajara się deską i to on mnie będzie mnie na nią wyciągał. Chcę być tym typem, który mimo swojego wieku będzie się odpychał na desce, może koślawo ale jak najdłużej.

To będąc przy teraźniejszości, powiedz troszkę o “Sk8Crew”. Jak powstał pomysł?
Temat szkółki deskorolkowej krążył gdzieś podczas luźnych rozmów od dawna, na zasadzie: “fajnie by było…czy to można zrobić dobrze…jak to zrobić” itp… Pomysł na “Sk8Crew” powstał podczas rowerowych przejażdżek Jurasia i Gutka, chłopaki często o tym rozmawiali, ja z kolei zawsze byłem i jestem chętny na wszelkie inicjatywy deskorolkowe. Każdy skate chyba marzy o własnej firmie deskorolkowej, ciuchowej, skateshopie itp… Z Gutkiem mamy podobne myślenie w kwestii deskorolki, robić coś co lubisz, znasz i możesz przekazać komuś dalej i jeszcze na tym zarobić, brzmi jak dobry pomysł. Widzieliśmy co dzieje się na rynku, nie ujmując nikomu, żadnej szkółce, zauważyliśmy, że biorą się za to ludzie, albo mało odpowiedzialni, albo tacy, którzy jeżdżą dosłownie od kilku lat a nawet tacy, którzy nigdy nie jeździli. Zawsze jest tak, że gada się o takich sprawach, ale nigdy albo zazwyczaj, nic się z tym nie robi. Któregoś dnia zgadaliśmy się wszyscy razem i stwierdziliśmy, że czas to zrobić zamiast tylko o tym mówić. Czemu my, nieskromnie mówiąc, osoby które są w polskiej deskorolce od tylu lat i prezentują jakiś poziom nie mamy tego zrobić i być tego twarzami. Kto zna Gutka, wie, że ten człowiek nie ustanie w miejscu, wszystko chce mieć zaplanowane już teraz, więc to, że z tym ruszyliśmy to bardzo duża jego zasługa. Ja lubię mieć wszystko przemyślane, rozłożone w czasie. Juraś jest skatem na cały etat, więc też nie zawsze jest dostępny, ale usiedliśmy do tego, założyliśmy firmę i ciach – poszło. Jaram się, że to zrobiliśmy, można się przy tym wykazać, jest to coś nowego i co najważniejsze cały czas jest to deskorolka, którą kochamy. Marzy mi się coś takiego jak w Malmo, szkoła ze skateparkiem, na której dzieciaki jeżdżą zamiast WF. Mało kto wie, ale takie osoby jak Oski czy Fernando są uczniami takiej właśnie szkoły. Uczenie dzieciaków to fajna opcja, my tego nie mieliśmy bo nikt nam niczego nie pokazywał. Sami musieliśmy do wszystkiego dojść. Te czasy wspominam najlepiej i nie zamieniłbym ich na nic innego. Ale życie idzie do przodu, wszystko się zmienia, dzieciaki jeżdżą w skateparkach zamiast na miejscówkach. Moja deskorolka jest taka sama jak kiedyś, ale to nie oznacza, że nie mogę pomóc tym, którzy tego chcą, tym samym ułatwić im start i spełnić niekiedy czyjeś marzenia. Fajne jest to, że przychodzą do nas starzy skejci, którzy kiedyś jeździli i chcą sobie pochillować albo przyprowadzają swoje dzieciaki, żeby uczęszczały na zajęcia, to dużo dla nas znaczy. Największą satysfakcję mam z zajęć ze starszymi, nazywamy je “Lekcjami Senior”. Są tam osoby w wieku 20-40 lat i powiem Ci, że w szoku jestem jak ludzie zaczynając w tym wieku potrafią się zajarać deskorolką. Widać u nich ten sam podjar, jak u nas, za małolata. Jest dużo dziewczyn, które kiedyś wstydziły się stanąć na desce, bo to był przypał albo ktoś się śmiał, a teraz są dorosłymi osobami z dzieciakami i zamiast siłki, fitnessu czy innych zajęć wpadają do nas na deskorolkę. Zajawa.

Bs kickflip, Sofia, foto: Wojtek Antonów
Bs kickflip, Sofia, foto: Wojtek Antonów

Wiem, że obserwujesz to co się dzieje w deskorolce, i to się chyba nie zmienia. Którymi skaterami się teraz jarasz? Mowa o polskich i zagranicznych. Z tym obserwowaniem to jest tak, że coraz ciężej jest być w pełni zorientowanym co się dzieje. Chodzi mi o to, że co chwilę pojawia się jakiś nowy „best insta skater”, którego widzisz pierwszy raz w życiu a koleżka nagle odpala jakieś szoki, które mogłyby być jako ostatnie bangery w niejednej dużej produkcji.
Z zagranicznych strasznie jaram się Tyshawn Jones i Tiago, to są moi faworyci, a Tiago szczególnie. Miałem okazję widzieć go na żywca i jego deskorolka, aura, która panuje wokół jego osoby jest niesamowita. Wiecznie uśmiechnięty, skromny skater, który jeździ w stylu z lat 90-tych, jeżeli można tak powiedzieć. Triki, stylówa pasują mi w 100% a nie powiem, że coraz ciężej jest mi się kimś zajarać w tych czasach. Widzę po sobie, że chyba poszukuję w tych osobach starych skateów, którymi się zawsze jarałem. Tyshawn przypomina mi jakoś Kareema w takim sensie, że jest prawdziwym G, na rapie, duży POP, teoretycznie proste triki, nie jakieś kombosy ale wszystko na mega stylu i prędkości… Z europejskich skaterów bardzo lubię Hjalte Halberg, bardzo fajny styl i kozacki wachlarz trików, pivoty, fakie, flipy, manuale wszystko na dobrym speedzie. Bardzo mi się podoba jego deskorolka, w której pogodził nowe trendy w deskorolce ze starą tech szkołą. Co do polskich skaterów to jest ich kilku, cała ekipa young gunsów z Krakowa jest kozacka i jaram się ich deskorolką, nie wszystkich znam osobiście ale tych co znam to dobre utalentowane ziomki i raczej nie dygają na robocie: Brniak, Dida, Franek, Andrzej Palenica. Juraś, wiadomo to mój człowiek i jaram się, że tyle czasu trzyma poziom i pokazuje Polskę za granicą w dobrym stylu, na dobrym poziomie. Mało jest osób, które jeżdżą tak jak on, kto zna Michała i widział go w akcji to wie o czym mówię. Junior, który jest jak polski Tiago, POP, wieczny uśmiech, triki które robi to te triki, które sam chciałbym robić, duży techniczny talent. No i gość, któremu bardzo kibicuję i szanuję za jego wytrwałość i pracowitość, wielopoziomową deskorolkę, za charakter i osobowość – Tomek Ziółkowski. Pamiętam go od malucha, jak śmigał w skateparku na parkingu przy skateshopie Kamuflage. Od tamtego dnia nie widziałem żeby dał sobie spokój albo jakoś wychillował. Ma na siebie plan i go realizuje, ja to mega szanuję. Nie jest jednym z tych leniwych „mordeczek”, które świrują, że jeżdżą siedząc na spocie. On cały czas jeździ i bardzo się rozwija, murki, poręcze, schody, manuale, bowle, zawody… Kompletny deskorolkowiec.

Widziałeś wiele i zrobiłeś wiele w deskorolce. Jakie są jeszcze Twoje marzenia związane z deskorolką?
Moim marzeniem, którego jeszcze nie spełniłem jest wyjazd do LA i SF. Jest to rzecz, która krąży mi po głowie od wielu, wielu lat. Już się wkurzam na samą myśl, że tyle z tym zwlekam. Spoty, na których chciałem pojeździć są albo pozamykane albo rozwalone. To jest plan, który muszę zrea-lizować, dorosłem do tego, że muszę to zrobić. Może zawalając przy tym jakieś inne życiowe sprawy, ale inaczej nigdy tego nie zrobię. Zawsze pojawi się coś co przełoży ten wyjazd, dlatego to musi się w końcu wydarzyć. To marzenie obejmuje moich ziomali czyli Ciebie, Gutka, Jurasia itd… Więc wiem, że to utrudni sprawę, ale sam nie chciałbym jechać. Jestem jedną z tych osób, które lubią przeżywać i jarać się czymś w towarzystwie znajomych, patrzeć na Pier 7 i :”Ty patrz tu Marcus McBride zrobił sw tre…”. Co do innych marzeń to chciałbym mieć swoje deskorolki. To chyba rzecz, o której każdy skater marzy, aby mieć swoją firmę. Wiem, że teraz to raczej jeden z gorszych momentów żeby coś takiego robić. Nasz rynek jest dość ciężki na takie akcje. Udało mi się już zrobić kilka grafik na deskach, więc jestem mega zajarany tym faktem, ale kiedyś odpalę coś swojego. Najwyżej zrobię 50 desek i będę je miał w piwnicy do końca życia, przynajmniej będzie nowy setup. Jest kilka opcji, o których marzę ale nie będę się tu rozpisywał, bo może ktoś podchwyci temat i będzie po jabłkach. Reasumując, to już nawet nie chodzi o marzenia, mam nadzieję, że zawsze będę miał okazję uczestniczyć w taki czy inny sposób w deskorolce. Szkółka “Sk8Crew” jest jednym z takich powodów, więc czy to będzie pomoc w grafikach, robienie z kimś wywiadu, projektowanie skateparku, czy może komentowanie Olimpiady na Eurosporcie, to żyję deskorolką i chciałbym żeby mnie otaczała.

Wróćmy jeszcze trochę do przeszłości. Jak w ogóle zaczełą się Twoja zajawa z deską? Wtedy kiedy zaczynałeś deskorolka nie była tak popularna i nie było dużego dostępu do czegokolwiek tak naprawdę. Skąd zajawa?
Sam nie wiem kiedy dokładnie był ten pierwszy moment, trochę to było rozłożone w czasie. Kiedyś, jak byłem małolatem i miałem siedem lat to mieliśmy w domu deskorolkę i jak sobie zawsze myślę o tej akcji to wydaje mi się że to był jakiś kosmos. To był 87 rok a my mieliśmy deskę rolerkę (coś w stylu fiszek jakie teraz są) tyle, że ona była dłuższa i była podgięta z dwóch stron a na końcu miała przyczepiony krążek hokejowy pod tailem do hamowania. Była strasznie rozkręcona i ciężko się na niej jeździło, oczywiście mowa o jeździe na kolanku. Podobno mój tata ją załatwił od gościa, który był jakimś mistrzem w slalomie. Dziwna sprawa, chciałbym kiedyś poznać historię tej deskorolki bo nigdy nie widziałem drugiej takiej w tamtych czasach. Później, pojawiła się deskorolka w czasach komunii, czyli tzw. PRO 90, ryba bez podgiętego nose’a. To nie były pro deski tylko jakieś takie marketówy, ale jeździły i pamiętam że dostaliśmy z bratem jedną taką na spółę od cioci z Niemiec. Nasza miała kauczukowe kółka więc naprawdę dawała radę, w tym okresie już coś się zaczęło dziać. Nie traktowałem jej jako jedną z dziesięciu zabawek, których używasz, ale nadal było to coś na czym się jedzie do przodu i do tyłu. Później, na osiedlu starsze ziomki łącznie z moim bratem zaczęły przynosić deski już “pro“, które pożyczali od swoich kumpli ze szkoły. Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłem deskę z everslikiem, to był szok. Albo moment gdy mój brat przyniósł do domu chyba deskę RayBarbie czy Klaus Grabke. Wtedy to było trochę jakby ktoś teraz pokazał Ci, że kupił nową furę. One były kozacko zrobione, kółka z grafiką, traki firmówki, grafiki kozackie ze smokami i innymi motywami. Na tym się inaczej stało i wre- szcie deska jechała. Duży wpływ na mnie miał film „Tajemnicza Śmierć” czy „Mistrz Deskorolki”, różne tytuły wtedy krążyły w wypożyczalni VHS. To był szok. Katowałem ten film na maxa, koleżka miał tam skateowy pokój cały w naklejkach i plakatach, wszystko na zajawie. Też tak chciałem. Jeździli w spodniach Bones, w rękawiczkach z obciętymi palcami, mieli farbowane włosy, bandany przy spodniach i same pro deski. Zajawa 100%. Miałem wtedy jakieś 14 lat, więc w sumie późno, porównując to z obecnymi czasami. Pamiętam, że kupno mojej pierwszej deskorolki nie było łatwe, nie miałem hajsu więc trochę to trwało ale jak ją zdobyłem to wiedziałem, że to jest to co kocham i chcę jeździć cały czas.

Ss bs Tailslide
Ss bs Tailslide

Poza osiedlem gdzie mieszkałeś, do którego masz ogromny sentyment i zawsze byłeś mu oddany, na pewnym etapie pojawił się Gutek, Bartek Zieliśki, również ja i jeszcze wielu innych. Później ekipa DSK. Tak jak wspominałeś, byliśmy bardzo zżyci. Powiedź jaki wpływ miała na Ciebie ta rodzina? Pytam o to, bo nie ulega wątpliwości, że w deskorolce koleżeństwo odgrywa wielką rolę. Tak zwane “ekipy”, to już symbol skateboardingu.
To był bardzo ważny moment w moim życiu, poznanie Waszej ekipy zeszło się w czasie kiedy na osiedlu zostałem już tylko ja i Przemek Wierciński z jeżdżących. Wy byliście tymi „dobrymi” spod Capitolu. Wcześniej widywałem Was w podziemiach na Służewcu gdzie śmigaliście i nagrywaliście w zimę chyba do filmu “Syndrom”. Ciebie znałem z widzenia, ze “Ślizgu” i oczywiście z filmów już wcześniej, ale Gutka i Bartka zacząłem widywać razem z Tobą. Później byliście w “Syndrom” i wpadaliście pod Capitol albo do skateparku na Wilanowskiej, gdzie często jeździłem z Przemkiem i chyba te częste spotkania na spotach naturalnie przerodziły się w znajomość. Pamiętam jak pierwszy raz powiedziałeś, że mogę się z Wami przejechać na spoty razem pojeździć. To był dla mnie szok i zajawa, pamiętam że jarałem się tym opór. Wtedy zobaczyłem, że jaracie się deskorolką tak jak ja, w takim sensie, że gdyby było można to jeździlibyście 24h. Lepiej nie mogłem trafić i doceniam to bardzo. Rano telefon do Gutka, ustawka na przystanku, później autobus i albo pod Witosa albo do Ciebie na oglądanie filmów, później spoty i nagrywanie, a na koniec znowu do Ciebie na oglądanie. Kolejny etap to wspólna praca i team DSK, wspólni sponsorzy z Gutkiem, później aż do dzisiaj wspólna praca… Takie znajomości nie zdarzają się często, mam tego świadomość, a to wyłącznie przez deskorolkę – to jak byliśmy i jesteśmy nią zajarani. Często się śmiałem, że częściej widywałem Was niż moją rodzinę, ale taka jest prawda. Teraz jest ciężej, mamy dzieci, pracę która nie jest skateshopem w którym siedzimy razem, więc często ciężej jest się zobaczyć nawet w tygodniu całą bandą. Ale fajnie, że jesteś prowodyrem skateowych spotkań na oglądanie filmów i wtedy czuję się dokła- dnie jak za dzieciaka. Dlatego bardzo ważne jest mieć wspólny spot, na którym wszyscy się spotykają, jeżdżą i spędzają tam czas. Teraz często jest tak, że na spocie wymieniają się ekipy z jednego miasta i nawet się nie znają między sobą, wbijają wyjmują go pro czy inną kamerę nagrywają i zawijają na inny spot. Tęsknię za Capitolem na maxa, tam właśnie tak było, to tam rodziły się takie rodziny jak nasza.

Jak tak wspominasz to wszystko, to powiedż jakie są Twoje najlepsze wspomnienia. Jakieś wyjazdy, śmieszne akcje?
Dużo jest tego… Mam to szczęście i zdaję sobie z tego sprawę, że zahaczyłem o jeden z lepszych okresów polskiej deskorolki. Mieliśmy tyle wyjazdów, tyle się działo, było tyle ekip, firm, ciekawych, dziwnych i zarazem śmiesznych osób, które się przewinęły przez ten czas… Z wyjazdów? Każdy miał w sobie to coś… Pierwszy wyjazd do Barsy ekipą dwunastu osób i odkrywanie totalnie nowych miejsc znanych z niektórych filmów. Nowy York, który był totalnym szokiem dla mnie. Zobaczyłem to wszystko na żywo – to co widziałem na 411 czy ZooYork Mixtape jeszcze w dobrej ekipie, na zawsze zostanie w moich wspomnieniach. Tak samo wyjazd z ekipą amerykańskich skaterów na Ukrainę. Pamiętam, że bardzo się stresowałem wtedy całym towarzystwem Reese Forbes, Brad Staba, Stefan Janoski, Kenny Reed, Anthony Claraval i Joe Brook. Pierwszy raz wtedy obcowałem z taką ekipą, którą znałem tylko z filmów. Cały wyjazd był trochę dziwny, po drugim dniu ¾ ekipy zawinęła się do Paryża bo chyba ich przytłoczyła sytuacja na Ukrainie. Dla nich mógł to być prawdziwy szok kulturowy. Ale fakt, że został tam Kenny Reed z Anthonym i Michaelem (nie pamiętam jak się nazywał) było mega pozytywne. Bardzo w porządku osoby, Kenny Reed był jak stary kumpel. To są w pełni normalne osoby, a sam fakt, że Anthony chciał nas z Gutkiem nagrywać i później wstawił nasze nagrywki do “411”, to był dla mnie (i nadal jest jak o tym pomyślę) duży szok i wielkie przeżycie. Nie zapomnę tego do końca życia. Co do śmiesznych akcji i kozackich wspomnień z wyjazdów to każdy TownTour z obecnością Marcina Jaskuła i Krzysia 79. Kto był, ten wie. To jest DUO, które uzupełnia się bez słów, to jeden organizm na czterech nogach. Wyjazd kamperami po Lazurowym Wybrzeżu parkując na przypale przy samych plażach czy poranne misje o czwartej rano na Ukrainie i przekupywanie po pijaku żołnierza żeby pozwolił nam coś nagrać na pomniku… Bardzo dużo historii i dużo wyjazdów. To są te momenty, które najbardziej cenię. Karta może się skasować, zdjęcia mogą się zgubić, iphone rozwalić, a przyjaźni i wspomnień nikt mi nie zabierze.

A z czego jesteś najbardziej zadowolony, może dumny?
Najbardziej zadowolony jestem z tego, że udało mi się uczestniczyć w jednych z lepszych czasów deskorolkowych w Polsce i na świecie. Wiadomo, że to stwierdzenie względne, ale z tego jestem najbardziej zadowolony. Jazda pod Capitolem z legendarnymi ekipami, nawet jak to były początki i wi-działem ich tylko gdzieś tam z boku, to była kwintesencja deskorolki i bardzo to doceniam. Wszystkie wyjazdy, na których udało mi się być, odwiedzić przeróżne miejsca na świecie a wszystko to dzięki deskorolce. To, że poznałem tylu dobrych ludzi, z którymi do tej pory utrzymuję kontakt, no i to że dzięki deskorolce poznałem moją kobietę, z którą mam dwójkę kochanych dzieciaków – z tego jestem bardzo zadowolony i najbardziej dumny. Gdyby nie deskorolka, nie miałbym tego wszystkiego.

Kim w takim razie jarałeś się najbardziej? Mowa tu o Polsce i zagranicy.
W Polsce, od zawsze był to Maja (Marcin Majewski), to był dla mnie taki polski Kareem. Clyde, zawsze na stylu, triki na switch, jak wpadał pod Capitol był zawsze Fresh! Stikorama to samo, od zawsze klasyk, najlepszy kickflip w grze do tej pory, tak dużo zrobionych przez niego trików było ponadczasowych, wiele z nich byłoby teraz nie do powtórzenia. Brudi, vaerial heel master! Uwielbiałem jego stylówę do tego bardzo spoko typ. Później, wiadomo – Gutek, Bartek Zieliński. To już były moje ziomki, którymi jarałem się bo widziałem ich progres i wieczną zajawę. Zapomniałbym o Ketchupie, dzięki niemu do tej pory jaram się fakie pivot i wszystkie fakie sw crooksy itp. Kozacka techniczna deskorolka i styl. Co do zagraniczniaków to cała ekipa Menace z Kareem na czele, Gino, Lavar, Keenan, cała ekipa Girl i Chocolate z czasów Goldfish i Mouse, JbGillet od zawsze na zawsze. Od tej pory mam na niego zajawę tak samo jak za czasów World. No i wiadomo, Josh Kalis i Rob Welsh! To są osoby, których przejazdy mógłbym oglądać w nieskończoność. Taką właśnie deskorolką jarałem się najbardziej i jaram aż do dzisiaj.

Bs 180 fakie nosegrind, Sofia, foto: Wojtek Antonów
Bs 180 fakie nosegrind, Sofia, foto: Wojtek Antonów

Skoro widziałeś już tyle i tyle przeżyłeś, powiedz nam jaka jest przyszłość deskorolki? Martwisz się o nią czy raczej nie? No i jakie są Twoje plany?
Martwię się, ale nie spędza mi to snu z powiek. Moja deskorolka już nie wróci a przynajmniej nieprędko.To wszystko zawsze idzie falowo, są wzloty i upadki, firmy powstają i się zamykają, ludzie jeżdżą i przestają… Ci, którzy naprawdę kochają deskorolkę nie pozwolą żeby coś im przeszkodziło, dopóki deskorolki będą robione nawet gdzieś tam w garażu, to damy radę. Chodników i asfaltu tak szybko nie zabraknie, a tak naprawdę tego nam trzeba – trochę miejsca, resztę możemy sami zrobić. Chciałbym jedynie, żeby deskorolka wróciła tam gdzie była czyli na ulice, żeby skateshopy były prowadzone przez skaterów i żeby sklepy były na ulicy a nie w centrum handlowym. Żeby w skateshopach była półka z butami siedmiu różnych firm deskorolkowych, a nie jednej, żeby ludzie, którzy robią skateparki rozmawiali z kimś kto na tym będzie jeździł. Nadchodzi Olimpiada i to też zrobi dużo zamieszania, ale to nieuniknione i tego nie da się zatrzymać, czy tego chcemy czy nie. Więc jak to już ma być, to tak samo – niech tym się zajmują osoby, które mają o tym pojęcie. Niech to nie będzie karykatura wyśmiewana przez tysiące osób. Co do moich planów… Chciałbym jeździć na deskorolce do końca życia, dzięki niej jestem szczęśliwy i to szczęście przenoszę na rodzinę, którą bardzo kocham, więc taki stan mi się marzy najbardziej.Z planów to wspomniany wyjazd do LA i SF, żeby spełnić swoje marzenia z początków jazdy na deskorolce. Chciałbym rozwijać “Sk8Crew” – kto wie może kiedyś sami zbudujemy nasz własny spot ze szkółką, jak w Malmo. I więcej czasu, to jest marzenie, którego niestety nie dam rady spełnić, żeby doba była dłuższa, aby móc wszystko pogodzić.

To na koniec poprosimy o mądre słowa. Jesteś człowiekiem pozytywnym, uśmiechniętym, po za talentem na deskorolce, jesteś po prostu lubianą i fajną osobą. Do wszystkiego co osiągnąłeś doszedłeś sam, zawsze będąc sobą i robiąc swoje. Jaka jest Twoja recepta? Jakie jest Twoje podejście do życia?
Jeżeli tak jest, to dziękuję, jest mi bardzo miło… Nie wiem jaka jest recepta, myślę że bardzo dużą część charakteru kształtuje dom. Moi rodzice zawsze mnie wspierali w tym co robiłem i w tym czym się interesowałem, zawsze mogłem na nich liczyć. Jeżeli masz szacunek do rodziców, to będziesz miał szacunek do innych ludzi. Ja zawsze staram się traktować innych tak jak sam chciałbym być traktowany. Często wkurzamy się na czyjeś zachowania a sami robimy dokładnie tak samo. Trzeba być sobą i pamiętać, że każdy z nas jest inny. Zawsze byłem nieśmiały i to mnie też kiedyś męczyło. Nie potrafiłem być bardziej „przebojowy”, stanowczy, asertywny, ale tak widocznie miało być. Każdy ma gdzieś swoje miejsce. Trzeba robić swoje, jarać się tym co się lubi, rozwijać swoje pasje, nieważne jakie one są. Jeżeli robisz to co lubisz, a nie dlatego, że coś jest modne i inni to robią, to już wystarczy, reszta sama przyjdzie. Ktoś to dostrzeże i na pewno doceni. Szacunku i przyjaźni nie da się kupić, więc na samym końcu nie chciałbym mieć sobie nic do zarzucenia. Dlatego staram się żyć i robić to co kocham, to co daje mi radość, otaczać się osobami, które powodują uśmiech na mojej twarzy. Mając w domu dzieciaki, które są krwią z mojej krwi, które są częścią mnie, to mimo tego, że wiele razy byłem zły, zdenerwowany, niewyspany – patrząc na nie rano, uśmiech pojawiał się sam. Z tego wynika, że jednak mam receptę: “jeździj na deskorolce i miej rodzinkę”. Taka oto moja mądrość.

 

Wywiad : Kuba Perzyna
Zdjęcia: Kuba Bączkowski / Wojtek Antonów

 

Leave a Reply