Converse

Michał Juraś – wywiad Barrier 6

0

Zrzut ekranu 2015-11-10 o 16.35.52

Juraś to fighter. Jego jazda na desce to ciągła walka. Ci, którzy widzieli go w akcji wiedzą, że każdą miejscówkę, nawet najmniejszy murek atakuje jak rozjuszony byk. W tym szleństwie jest jednak metoda. Dzięki temu stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych skaterów w Europie i dostał deskę ze swoim nazwiskiem w najbardziej gorącej obecnie firmie na świecie Polar Skate Co. Jego życie to również ciągła walka – od dwóch lat ściera się z poważnymi kontuzjami i dzięki ogromnej determinacji i uporowi wygrał tam, gdzie niejeden poddałby się na wstępie.

Kuba Kaczmarczyk

Siema Michał.
Siema.

To tak na początek opowiedz co się teraz u Ciebie dzieje, jakie plany, co robisz?
Wczoraj wróciłem z Londynu, gdzie pojechałem z kolegami – Bąkiem, Krzyśkiem, Perezem, Godkiem i spotkaliśmy się z paroma Polakami, którzy mieszkają tam na co dzień. Taki wyjazd można powiedzieć bardziej towarzyski, nie byliśmy stricte nastawieni na zbieranie materiału, tylko tak po prostu chcieliśmy pojeździć, a przy okazji porobiliśmy zdjęcia, nagrywaliśmy trochę do montażu Krzyśka, trochę z Aramem do jego nowego filmu.

A propos Arama, ostatnio byłeś też w Bielsku żeby nagrywać, co i kiedy się szykuje?
Tak, przed wyjazdem do Londynu wpadłem do Bielska na kilka dni. Byliśmy najpierw w Bielsku, a później w Krakowie. Aram pracuje nad nowym filmem Youth i postanowił w nim umieścić mój gościnny part, który będzie trwał mniej więcej minutę. Z tego co rozmawiałem z Aramem, to jest już w trakcie montowania, ale nadal też coś dogrywa z chłopakami. Myślę, że jakoś w wakacje powinna być premiera, ale on sam chyba nie wie ile mu się z tym jeszcze zejdzie Ostatnio jesteś chyba mocno zajęty. Nad czym pracujesz? Tak, to prawda, jestem mocno zajęty. Można powiedzieć, że wszystko mi się zwaliło na głowę. Od wiosny nagrywam part na DIY Powiśle, który z założenia miał promować nowy promodel Granta Taylora w Nike. Chodzi o to, że cały przejazd nagrywam w Blazerach GT i tylko na DIY Powiśle. On już jest w sumie nagrany, tylko zmontowanie zostało. To jest pierwszy projekt. Drugi projekt, to nagrywanie do filmu Polar. Ile jeszcze zdążę nagrać, to też nie wiem, bo ten projekt też zbliża się do końca. Pontus cały czas montuje, edytuje i premiera z tego co słyszałem ma być w Czerwcu, najpóźniej w Lipcu, a mamy już Maj, więc chwila moment się to ukaże. Trzeci projekt to ten part u Arama, o którym wcześniej mówiłem. Staram się nagrać jak najwięcej i najlepiej jak tylko mogę, żeby jakoś mu się odwdzięczyć, bo bardzo doceniam to co robi. Bardzo mi się to podoba. A w niedalekich planach, po tych wszystkich produkcjach, jest mój montaż R5, który powoli nagrywam i montuje, ale jeszcze muszę się przy tym napracować – nagrywając za kamerą, jak i przed kamerą.

Czyli po prawie 3 latach bez większego partu, w tym roku pojawisz się w 4 produkcjach? Staram się. Jeżeli się zepnę i wszystko pójdzie po mojej myśli to możliwe, że będą 4 party w tym roku.

Dużo ostatnio podróżujesz, gdzie byłeś przez ostatni rok?
Ostatnio byłem w Miami z Toyboyem, taki mini tour NikeSB. Pojechaliśmy we dwóch, bo Toyboy chce nakręcić jakąś małą nutkę o Miami i można spodziewać się partu Danny’ego Fuenzalidy. To był nasz drugi wyjazd do Miami, z wcześniejszego brakowało trochę materiału, więc pojechaliśmy drugi raz i nagrywaliśmy też z lokalsami. Teraz Londyn. Dużo po Polsce jeździłem. Dopiero teraz zaczyna się sezon na wyjazdy i planuje pojechać m.in. do Oslo i Nowego Jorku.

Bs wallride, Warszawa
Bs wallride, Warszawa

A jak zdrowie? Dopisuje?
Powiem tak, zdrowie dopisuje od 2015. Na dzień dzisiejszy rok 2015 jest dla mnie bardzo dobrym rokiem, czuję się dobrze, kostka mi już tak nie dokucza jak wcześniej i czuję się coraz bardziej rozjeżdżony i w pełni sił.

To dobrze, bo wcześniej nie było lekko – najpierw kolano, potem kostka. Opowiedz po kolei jak to było.
Uff, no więc historia zaczęła się od tego, że po nagraniu partu do Grey Area, po około 6 latach nagrywania, bo tyle trwało kręcenie do tego filmu (śmiech) pojechałem na pierwszy tour Polar do USA, do Nowego Jorku. Dużo nagrywaliśmy, mieliśmy art wystawę Polar w sklepie KCDC, jeździliśmy z lokalsami m.in. z Joshem Stewartem. Podczas wyjazdu zorganizowaliśmy, przy wsparciu ludzi z KCDC m.in. Joela Meinholza, jam Polar – Bum Rush The Spot, pod mostem BQE gdzie rozbudowaliśmy istniejący tam spot DIY. Pod koniec przyjechali koledzy Freda Galla przerobionym na skateshop Ice Cream Truckiem i Fred wymyślił, żeby zrobić z niego drop in w bank. Po 4 nieudanych próbach, Pontus i Steve Rodiguez z ekipą wpadli na pomysł żebym skoczył z dachu ollie. Na początku byłem niezbyt chętny, z tego względu, że dużo ludzi się na mnie patrzyło i byłem lekko speszony (śmiech). Ale jak to bywa, w ferworze imprezy, nie można było za bardzo powiedzieć, że nie, więc wszedłem na górę. Wydawało mi się, że jest to do skoczenia, ale nie chciałem iść na żywioł, żeby sobie nic nie zrobić i na początku zrobiłem takie dwie zachowawcze próby, żeby nie poniosło mnie za bardzo. No i cóż, za czwartym razem niestety… dach był miękki, w momencie wybijania odgiął się, źle się wybiłem i moje ciało było przekręcone podczas lotu, spadłem plecami do banku na wyprostowaną nogę i poczułem jak mi kość wyskakuje i wskakuje spowrotem. To był ułamek sekundy, na początku nawet sobie nie zdawałem sprawy co mi się może stać, potraktowałem to jak wybicie palca.

To co? Wróciłeś do domu, położyłeś lód, posmarowałeś altacetem i myślałeś, że następnego dnia będzie ok? Nie no, miałem w głowie to, że coś mi się tam stało, ale myślałem, że poboli i za chwilę przestanie, że to jest takie coś jak wybicie palca. Miewałem różne ciężkie slamy i wychodziłem z nich cało. Myślałem, że trochę spuchnie i później przejdzie. Sądziłem, że zerwanie więzadeł czy złamanie jest o wiele bardziej bolesne. Po upadku, nie wiem czemu, z szoku pewnie, schowałem się za ten Ice Cream Truck, żeby ludzie się na mnie nie gapili (śmiech). Nie wiem co miałem wtedy w głowie. Po chwili wszyscy do mnie podeszli i pytali co mi jest. Krótko powiedziałem, że poczułem jak mi kolano wyskakuje i wskakuje, ktoś przyniósł lód. Podjechał po mnie Tombo, kamerzysta z 5BORO i razem z Pontusem wróciliśmy do domu. Jeszcze śmieszne było to, że jak już siedziałem w samochodzie, to podchodzili lokalsi i dawali mi hajs. Nie wiem czy to były jakieś zakłady, ale na początku, jak Steve i Pontus mnie nakręcali żebym tam wszedł i skakał, to powiedzieli że Steve stawia na mnie tyle dolarów, Pontus tyle i że dawaj rób. No i chyba reszta też potraktowała to jako zakłady. W każdym razie ja siedziałem rozjebany w samochodzie, miałem pół otwartą szybę, a nagle jakichś 2-3 murzynów podchodzi do mnie i daje mi 20 dolarów, następny 30 itd. Mówię im, że nie chce tego, że dzięki spoko, nie będę tego brał, ale i tak mi dali. A później się przydało, miałem dzięki temu na taksówki do szpitala.

Zrzut ekranu 2015-11-10 o 16.53.35
Nocomply, Warszawa

Czyli poszedłeś w końcu do szpitala?
Tak, po dwóch dniach. Na początku mówiłem, że raczej nie będę szedł, bo to nie ma sensu i na pewno samo przejdzie. Dopiero po namowie kolegów, głównie Stefana Narancica (grafik z Polar), który mówił, że powinienem iść do szpitala i sprawdzić to kolano, bo nie wygląda za fajnie. Miałem je tak spuchnięte, że nawet spodni nie mogłem założyć, spać mogłem tylko w jednej pozycji, żeby noga nie bolała. Byłem ubezpieczony, więc postanowiłem z tego skorzystać. W szpitalu zrobili mi jakieś podstawowe badania i prześwietlenie, które wykazało, że nic nie jest załamane. Ucieszyłem się, ale nie na długo. Lekarz odsączył krew z kolana, dzięki czemu poczułem olbrzymią ulgę, a przy okazji kolano trochę zmalało. Dostałem kule, ortezę wyprostną i tyle. Chciałem przebookować bilet na wcześniejszy lot, ale nie mogłem. No i cóż, wróciłem ze Stanów na tarczy.

W Polsce od razu poszedłeś do lekarza, jaka była diagnoza?
Po powrocie do Polski, wiedziałem już, że kolano wymaga sprawdzenia i mój Ojciec, za co mu bardzo dziękuję, załatwił mi rezonans w klinice pod Warszawą. Po rezonansie poszedłem do lekarza, spojrzał na wyniki badań i muszę powiedzieć, że do dzisiaj to pamiętam. Siedziałem na łóżku w gabinecie lekarskim i jak lekarz odczytał werdykt, powiedział co tam w środku się dzieje, to prawie zemdlałem. Był to dla mnie szok, że tyle rzeczy mam porozwalanych w kolanie. Pierwsza myśl jaka mi się wtedy nasuwała, to że już do końca życia będę kaleką, inwalidą. Że to już jest coś takiego, czego raczej nie uda się wyleczyć.

To jaki był werdykt?
Zerwane więzadło krzyżowe przednie i oderwane łękotki. Pamiętam, że mnie strasznie przeraziło, jak powiedział, że łękotki są powyrywane razem z korzeniami czy coś takiego. Nie wiem w sumie czy dobrze to powiedziałem, nie jestem lekarzem. Te słowa mi uświadomiły, że to jest naprawdę bardzo poważna rzecz. Lekarz powiedział, że nie jest w stanie zrobić tego jednym zamachem, tylko że może to zrobić w dwóch operacjach, które podejrzewam rozciągnęłyby się na okres 2  lat. Jego plan był taki, że zrobi mi najpierw operację na łękotki, potem rehabilitacja i później operacje na więzadła, po której miałbym kolejną rehabilitacje.

Ale jednak trochę inaczej się wszystko potoczyło.
No tak, po powrocie do domu, zamknięciu się w sobie i nieodbieraniu telefonów, zjawiło się kilku kolegów, w tym i ty. Myślę, że będę to wspominał do końca życia. Opowiedziałem wszystkim jaka jest sytuacja, co się stało, posiedzieliśmy, pogadaliśmy i wszyscy poszli. Po jakichś 30 minutach dzwonisz, że jest dla mnie szansa zrobienia tej operacji na raz przez dr. Śmigielskiego w klinice Carolina Medical Center i czy ja się na to zgadzam. Byłem zaskoczony i trochę w szoku. Nie chciało mi się do końca w to wierzyć. Po krótkiej rozmowie z Ojcem, praktycznie od razu zgodziliśmy się na tę opcję. Czułem się trochę jakbym wygrał w totolotka. Już na pierwszej wizycie, doktor nawet nie patrząc na rezonans, stwierdził od razu, że może to zrobić. To pokazuje jaki to jest profesjonalista, że po słownej diagnozie, dotknięciu, jest w stanie to ocenić. No i jak powiedział tak się stało. Podczas operacji okazało się, że też więzadło tylne jest do naprawy, więc zamiast zakładanych 2,5 godziny, cała operacja wydłużyła się do około 4 godzin. Po operacji Doktor powiedział, że jak patrzył przez kamerę w moje kolano, to widział, że mam je ostro zjechane, że nie jest pierwszej młodości, ale wszystko da się naprawić.

Fs 5-0, Warszawa
Fs 5-0, Warszawa

Czyli wszystko dobrze się ułożyło, ale i tak dostałeś wyrok – rok bez deski. Całe życie jeździsz na desce, deskorolka wypełnia wszystkie Twoje dni i nagle zostajesz tego pozbawiony. Jak sobie z tym poradziłeś?
Powiem szczerze, że życie stało się inne. Moją nową pasją została rehabilitacja (śmiech). Mocno się na nią zawziąłem i jestem z siebie bardzo zadowolony. W 100% słuchałem lekarzy, nawet jeśli coś wydawało mi się niepotrzebne bądź zbędne, to i tak to robiłem. Zaciskałem zęby i byłem zdeterminowany, żeby wrócić na deskę. Pamiętam, że wracając samolotem z NYC zaczynałem zdawać sobie sprawę, że to nie będzie szybka akcja, tylko że trochę mi zajmie powrót do zdrowia i będę miał więcej czasu na sprawy pozadeskowe. Wypisałem dużą listę rzeczy do zrobienia i realizowałem je przez ten rok bez deskorolki. To były różne rzeczy – od podstawowych do bardziej skomplikowanych, choćby jakieś głupie porządki w garażu, wstawienie nowych mebli do pokoju, kupienie tego, tamtego czy jeżdżenie po całej Warszawie w poszukiwaniu spotów.

Nadal żyłeś deskorolką?
Nie do końca. Dobrym motywem, który polecam ludziom przechodzącym poważniejsze kontuzje, jeżdżącym na desce i nie potrafiącym bez niej żyć, jest zrobienie tak jak ja. Zrobiłem tak, że raczej starałem się nie mieć za dużej styczności z deską, żeby się nie dołować. Omijałem uczęszczane spoty deskorolkowe i różne akcje związane z deską. Oczywiście nie było tak, że nie oglądałem filmów skejtowych czy nie sprawdzałem niusów, deskorolka nadal mnie interesowała tylko może nie aż tak bardzo, bo nie mogłem jeździć. No i to jest w sumie uświadomienie mnie jak wyglądało by moje życie gdybym nigdy nie postawił nogi na desce.

Trochę ciężki okres, wychodzi Twój przejazd jak jesteś tuż po operacji.
Pamiętam, jak leżąc w szpitalu obawiałem się, że przymusowy pobyt w szpitalu będzie dłuższy i że nie zdążę na premierę Grey Area. W sumie też na urodziny, ale urodziny najmniej ważne. Najważniejsze było, żeby przyjść na premierę. Na szczęście udało się, przyszedłem o kulach, można powiedzieć, że ledwo ciepły, bo przyjmowałem wtedy dużą ilość leków, które mocno na mnie oddziaływały. Kolano świeżo po operacji bolało i nie mogłem za bardzo spuszczać go w dół, bo czułem wtedy jak cała krew mi tam spływa.

Po pół roku od kontuzji wychodzi Twój promodel, chcąc nie chcąc masz kontakt z deską. Akurat promodel to była miła rzecz.

Mimo kontuzji czułeś wsparcie od Pontusa.
Plan był taki, że mój promodel wyjdzie wtedy kiedy ukaże się part w Grey Area, ale niestety po premierze byłem już kontuzjowany. Bardzo się ucieszyłem, że Pontus dotrzymał słowa i wyszła moja deska. Powiem szczerze, że jest to dosyć rzadko spotykana akcją, kiedy wychodzi promodel podczas Twojej kontuzji i nie jesteś w stanie tego kontynuować. Moje deski są nadal produkowane, wróciłem do jazdy, więc myślę, że wszystko idzie ku dobremu.

A inni sponsorzy Cię  wspierali?
Tak, pisali do mnie z Carhartt i Nike, pytali jak mi idzie, jak rehabilitacja. Jestem im za to bardzo wdzięczny, czułem wsparcie od nich i dużą wiarę we mnie. Dalej wychodziły moje deski, dostawałem wsparcie, co też potwierdza, że oni wierzyli, że wrócę na deskę, dalej będę to kontynuował i wszystko będzie dobrze.

Fs smithgrind, Warszawa
Fs smithgrind, Warszawa

Pamiętasz pierwszy dzień na desce po przerwie? Jak wrażenia?
Pamiętam, mam nawet nagrany. Wpadłeś do mnie z Łukaszem i moim bratem, który koniecznie chciał to uwiecznić i w sumie bardzo mu za to dziękuję, bo będzie to fajna pamiątka. Wyszedłem na ulicę przed swój blok i miałem takie wrażenie, że nie zapomniałem jak się jeździ, bo ruchy miałem takie same jak wcześniej, myślałem, że jestem w stanie coś zrobić, ale ciało jeszcze nie do końca mogło. Brakowało tych ruchów deskorolkowych. Nie tyle, że wyczucia… tylko siły, pewności siebie i takiego doświadczenia z regularniej jazdy. Wyczucie miałem, bo wiedziałem jak zrobić kickfilp, zrobiłem go chyba za trzecią próbą. Wiedziałem jak to zrobić, tylko kwestia rozjeżdżenia. Tak jak na papierze rysujesz ósemki i na początku wychodzą krzywe, ale z czasem robisz je linia w linię idealnie. Jeżeli można to tak zobrazować.

Dość szybko się rozjeździłeś i zacząłeś nagrywać.
Tak, wróciłem po kontuzji, po roku przerwy, Zaczynałem się rozjeżdżać, już czułem że jest dobrze i w kwietniu 2014 pojechałem na tour Nike do Miami, gdzie mocno skręciłem kostkę. Myślę, że wykluczyło mnie to z poważnej jazdy na około 6 miesięcy. Poszła torebka stawowa. Leczyłem się 3-4 miesiące i w sierpniu 2014 pojechałem na Surf n Turf Polar Skate Co. UK Tour (5-13.08.2014). Czułem się już w miarę ok, ale niestety drugiego czy trzeciego dnia skręciłem znowu tę samą kostkę. Na szczęście teraz jest już ok i póki co 2015 jest dla mnie dobry.

To życzę żeby tak pozostało. Zmieniając temat, powiedz jakie masz zdanie nt. Polish Skate Federation, czyli wsadzeniu deskorolki w pewne ramy – kursy na instruktora deskorolki, może w przyszłości kadra, zawody, olimpiada? Robisz papiery instruktora?
Na pewno nie zamierzam w tym działać w jakikolwiek sposób. Nie będę się angażował z tego względu, że w deskorolce jest pełno innych fajnych rzeczy, które można robić, które mnie jarają i będę bardziej się na tym skupiał. Nie sądzę, żeby robienie papierów na instruktora deskorolki sprawiło mi przyjemność. Ale jeżeli ktoś będzie chciał się nauczyć jeździć na desce, to mogę paru wskazówek udzielić. Nie ma problemu, niejednego uczyłem. Chyba, że nie można tego teraz robić bez papierów, nielegalne (śmiech). Myślę, że nikt nie zauważy, jeśli powiem parę słów do drugiego skejta.

A wyobraź sobie, że za kilka lat dostajesz powołanie do kadry na olimpiadę czy inne międzynarodowe zawody?
Wiesz co, myślałem kiedyś na ten temat, jakby to było, ale szybko zrzucałem to na bok, do takiego kubła z niemyśleniem o tym i nie zastanawianiem się nad tym. Ale z drugiej strony, jak to przyjdzie, to powiem szczerze, że jestem trochę ciekawy jak to będzie wyglądało, bo nie jestem sobie w stanie wyobrazić kadry deskorolkowej w autokarze, w takich samych dresach, a w bagażniku plik poskręcanych desek gotowych na Olimpiadę (śmiech). Tak jak mówię, nie chce po tym cisnąć, bo nie wiem co o tym sądzić, jest to dla mnie dziwne zjawisko i w sumie mam to gdzieś. Ciężko mi o tym mówić, ale generalnie wolałbym, żeby tak nie było. Oczywiście nic nie mam do tych co to organizują, to ich sprawa. Ja mam takie podejście, że ja robię swoje, reszta swoje i nie wtykam w to nosa dopóki ktoś mi nie staje na drodze.

Skąd czerpiesz inspiracje na montaże, deskorolkę?
Pomysły na montaże i na różne deskorolkowe akcje czerpię przede wszystkim z muzyki. Pod wpływem słuchania muzyki wytwarzają mi się w głowie różne wizje. Takim drugim czynnikiem jest mój samochód. Jadąc samochodem, słuchając muzyki, patrząc na miasto, na to co mijam, nagle nasuwają mi się pomysły. Może mam jakieś lepsze skupienie wtedy do kreatywnych myśli. Mogę powiedzieć że te dwa montaże R5, które zrobiłem, to inspiracje do nich czerpałem z muzyki, której słuchałem podczas jazdy samochodem. Poza tym dużo czerpię z filmów fabularnych, a oglądam przeróżne filmy, najczęściej filmy akcji, ale staram się nie ograniczać. Tak samo staram się słuchać różnej muzyki.

A inspiracje deskorolkowe?
Lubię filmy Alien Workshop, Emeriki, produkcje Grega Hunta i Josha Stwearta (Statici). Lubię to co robi Pontus, czy to filmy czy montaże, zawsze jest tam coś nowego, jego pomysły mnie inspirują. Wszystko dobre co się ukaże i jest godne uwagi jest dla mnie inspiracją. Jeśli chodzi o skejtów, to jest tak, że jest pierwsza dziesiątka i po tej dziesiątce tak latam. Raz lubię jazdę Westgate’a, potem się to zmienia i lubię bardziej Reynoldsa, Busenitza, Cardiella, Jake’a Johnsona, Granta Taylora. Raczej mam taki mix ulubionych. Często wracam też do starych produkcji. Dużo ich jest.

To co Cię denerwuje w deskorolce?
Czasami mnie irytuje, że jest nadmiar cip w deskorolce (śmiech).

Co to znaczy?
Nie wiem czy powinienem o tym mówić, ale skoro już pytasz to odpowiem. Chodzi mi o to, że dla mnie deskorolka trochę się przekłada na życie, a życie się przekłada na jazdę na desce. To kto kim jest, to jaki ma charakter odzwierciedla jego jazda. Dużo jest takich ludzi co narzekają, gadają, a sami za dużo też nie zrobią. Ich głównym motorem napędowym jest robienie szumu wokół siebie. Jest dużo osób które dużo mówią i chciałyby dyrygować, a mało jest takich co coś robią. Często widzą siebie gdzieś, gdzie jeszcze nie są. Czyli mówiąc wprost – zabierają się od dupy strony – jeszcze nie jeżdżą na desce, a już są skejtami, jeszcze nie narobili zdjęć, a już są fotografami. Zakładają fanpage na facebooku i robią wokół siebie wielki szum. W sumie to nie moja sprawa, ale dostrzegam to czasami na mojej drodze. Zapytałeś, to odpowiedziałem.

Zrzut ekranu 2015-11-10 o 17.13.42
Boardslide, Warszawa

A jak oceniasz nasz poziom na tle Europy?
Myślę, że to co gubi polskich skejtów i ogólnie społeczeństwo, to to że wstydzimy się być Polakami i na starcie czujemy się gorsi, szczególnie od ludzi z zachodu. Nie mamy pewności siebie i wiary, że coś możemy zrobić, coś osiągnąć. Mam wrażenie, że ludzie w Polsce często sobie odpuszczają mimo, że mają potencjał. Przydałby się im dobry kopniak. Warto czasem zaryzykować, poeksperymentować, a nie stać zachowawczo z boku. Sam jestem wstydliwy, nawet często, ale jaram się kiedy uda mi się to przełamać.

Europie trochę odskoczyła…
No trochę tak, ale tak jak mówię, to wszystko zależy od podejścia, ludzie często wolą iść na łatwiznę, a szczególnie Polacy. Wydaje mi się, że u nas jest tak, że wszyscy chcą coś zrobić, ale się przy tym nie napracować, a przy okazji jeszcze coś osiągnąć.

Dobrym przykładem może być Madars Apse z Łotwy.
No właśnie, typ jest z Łotwy gdzie skatepark miał o wiele gorszy niż nasza Jutrzenka, a teraz można go zobaczyć wiadomo gdzie – w Californi. Przede wszystkim to co gubi, to że ludzie w Polsce nie skupiają się na tym co mają i na ulepszaniu tego, tylko na tym żeby ponarzekać.

Zrzut ekranu 2015-11-10 o 17.17.21
Kickflip bs tailslide, Warszawa

Jak nie ma spotów, to trzeba budować samemu. Ty też aktywnie działasz w obszarze DIY. Jak przeżyłeś informacje o zniszczeniu KORTÓW, jednego chyba z Twoich ulubionych miejsc?
Smutna akcja, KORTY powstawały wspólnymi siłami przez 6 lat, ciągle się rozbudowywały. Sam spędziłem nad ich rozbudową dużo czasu, dbałem o to żeby to miejsce było zadbane i utrzymane w dobrej kondycji. Czasami myślałem o tym co będzie jak to zburzą i niestety pewnego dnia to się stało. Pamiętam, jak będąc na desce, dostałem telefon od Łysego (z Krakowa), że podobno zburzyli KORTY. Stwierdziłem, że to musi być jakiś farmazon, że to niemożliwe. Po szybkim uświadomieniu mi że to prawda, jak dostałem zdjęcie, to aż mnie serce zabolało. Wróciłem szybko z deski, wsiadłem w samochód i pojechałem zobaczyć co się dzieje. Niestety stało się co się stało i nie ma już tego spotu. Bardzo szkoda, bo lubiłem spędzać tam czas, był to mój taki „warm up spot”, gdzie zaczynałem się rozjeżdżać i potem szedłem na street. Ale lubiłem też tam spędzać z kolegami całe dnie. Panował tam taki, że tak powiem, grillowy klimat. Ludzie przyjeżdżali, siedzieli sobie, jeździli….Ciężko opisać. Nie do powtórzenia. Ale tak to z DIY bywa, rzadko się zdarza, że trwają na długie, długie lata. Zawsze to ma jakiś tam okres żywotności. Dlatego jeśli budujesz DIY najlepiej budować parę spotów na raz w różnych miejscach, bo jeżeli zburzą Ci jeden spot, to masz zawsze drugi. Szczęście w nieszczęściu jest takie, że w międzyczasie powstał drugi spot DIY POWIŚLE i po zburzeniu KORTÓW przenieśliśmy się tam i teraz tam jest główne miejsce budowy.

Ok, to na koniec może rady dla początkujących skejtów?
Jeżeli uważasz deskorolkę za swoją pasję i poświęcasz na nią czas, a nie masz za bardzo innych pomysłów na siebie i jesteś skupiony na desce, to już rób to do końca, od a do z, nie odpuszczaj sobie, tylko leć w to na 100% i trzymaj się tego. Nie myśl sobie, że to kiedyś się skończy. Zainwestuj w to siłę i postaw na jedną kartę, nie bój się zaryzykować i nie odpuszczaj. Nie daj się zmienić. Chciałem powiedzieć, że ludzie są czasem lekkomyślni. Jak już ktoś jeździ na tej desce, a na przykład rzuca to i idzie na studia, żeby zadowolić rodziców, to już lepiej żeby jeździł na desce i miał z tego satysfakcję, a nie studiuje żeby rodzicie byli zadowoleni. Nie mówię, żeby rzucać szkołę. Mam wykształcenie, ale stwierdziłem kiedyś, że skoro mam zaniedbywać studia i np. studiować kilka lat, a i tak tych studiów finalnie nie skończyć, to trochę jest to dla mnie strata czasu.

Pozdrowienia?
Klasycznie pozdrawiam Mamę, Tatę, Brata, Babcię i wszystkich znajomych, których nie będę wymieniał bo jest ich tylu, że pewnie bym kogoś pominął i potem mieli by mi za złe. Mogę jeszcze powiedzieć na koniec, żeby ludzie stawiali sobie cele i za wszelką cenę dążyli do ich realizacji, nie ważne co, czy się śmieją z Ciebie czy nie, p****ol to i rób swoje, co Ci serce podpowiada, dąż do tego co sobie założyłeś, nigdy nie odpuszczaj i rób to jak najlepiej potrafisz.

Zrzut ekranu 2015-11-10 o 17.22.11
Kickflip, Warszawa

Wywiad: Mateusz Matczak, foto: Kuba Bączkowski

 

 

Leave a Reply